Nie chwalimy się :/

2012-03-15

Do tej pory w mądrych księgach zwanych Poradnikami rozdziały o problemach z usypianiem dziecka omiatałam tylko wzrokiem, bo mój syn spokojnie zasypiał sam w swoim łóżeczku o stałej porze. Jego samodzielne zasypianie było dumą i radością mamusi, no i przechwaliłam - skończyło się, nagle tydzień temu mój mały zaczął się z krzykiem domagać żebym z nim siedziała kiedy zasypia. Siedzę, więc i siedzę i już słyszę jego równy oddech, widzę główkę spokojnie leżącą na podusi (sielanka maluje się moim oczom), postanawiam więc wstać i opuścić jego pokoik... i wtedy zaczyna się ZŁOŚĆ, krzyk, tupanie nóżkami... postanawiam, więc wrócić i wtedy synek bez słowa sam sie kładzie, przekręca na boczek i udaje, że śpi jak aniołek, znowu więc wychodzę i znowu jest ZŁOŚĆ i tak kilka razy, również po przebudzeniu się w nocy :/. Mały jest nakarmiony, przewinięty, poprzytulany i niczego nie potrzebuje, ale krzyczy ze złości kiedy nie chcę przy nim siedzieć. Sam sie kładzie w łóżeczku do snu i jest cichutko do czasu jak się nie zbieram na paluszkach do wyjścia.
Jak sprawić żeby moje grzecznie zasypiające dziecko wróciło? Jeszcze nie wiem :).

 

Ksawerek byłby również dzieckiem idealnym gdyby nie fakt, iż mały spryciarz odmawia jedzenia czegokolwiek łyżeczką - nie należy do niejadków, ale po długich negocjacjach udaje mi się go skłonić do zjedzenia zupki lub deserku w ilości 2, 3 łyżeczek choć wiem, że mały nie boi się większych kawałków warzyw ani grudek, chętnie zjada tez różne chrupaczki czy herbatniczki. Problem za pewne powstał przez moją niekonsekwencję i ułatwianie sobie i małemu życia przekładając obiadki do butelki kiedy Ksawerek był jeszcze malutki. Około pierwszych urodzin wyglądało na to, że problem łyżeczki uda się rozwiązać, bo mały zaczął jadać nią przynajmniej jeden posiłek i była nadzieja, że będzie jeszcze lepiej, ale potem przytrafiło mu się przeziębienie, wychodziły zęby trzonowe, potem kły i w związku z tym mały stracił zainteresowanie jedzeniem, więc żeby w ogóle coś jadł nie nalegałam na karmienie łyżeczką - tym właśnie sposobem mój mały dzidziak aktualnie w ogóle odmawia jedzenia łyżeczką. Był nawet moment tuz po tym jak zaczęły wychodzić mu kły, że sam widok łyżeczki go denerwował - teraz jest lepiej, bo te 2, 3 łyżeczki są do przeforsowania, ale po nich następuje duży opór, a mały jest głodny i domaga się swojej butelki. Ksawery umie też pić z kubka-niekpka, ale traktuje to jak zabawę bez większego związku z jedzeniem. Oczywiście chciałabym usłyszeć, że jak syn jeszcze podrośnie to sam zrezygnuje z butelki i będzie chciał jeść jak duży chłopiec, ale obawiam się, że to tylko moje marzenia :).

 

Jeszcze jeden drobiazg wychowawczy mi się nasuwa - mianowicie moje Słoneczko ostatnio bardzo lubi sobie pokrzyczeć. Wygląda to tak, że stojąc w kojcu lub przy bramce zabezpieczającej drzwi jego pokoju krzyczy ile sił do czasu jak do niego nie przyjdę i nie zacznę się z nim bawić. Z oczywistych przyczyn nie mogę się z nim bawić cały dzień, bo kto wtedy gotowałby obiad i dbał o dom.

Czyżby to już objawy buntu 2-latka? Jak rozładować złość takiego malucha, który jeszcze miesiąc temu był spokojnym dzieckiem potrafiącym się nawet godzinę bawić w swoim pokoiku dogladany tylko od czasu do czasu przez mamę, a teraz jak czegoś chce to wymusza to teatralnym krzykiem? Oj chyba mały buntownik mi rośnie :(.
Jestem lekko zagubiona... moje dziecko jak każde inne było zawsze małym terrorystą, ale teraz to wkroczyło w fazę złoszczenia się bez większego powodu...

 

Żeby nie było zbyt smętnie, pochwalę się, że byliśmy z Ksawerkiem pierwszy raz w Klubie Malucha i było całkiem fajnie :). Miałam trochę obaw jak Ksawciu zareaguje na inne dzieci, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie :). Nasze Słoneczko  oczywiście nie bało się dzieci i chętnie biegało po całej sali łapiąc po drodze różne zabawki. Nie było też problemu z posadzeniem go spokojnie na krzesełku (bez pasów :)) kiedy dzieci jadły drugie śniadanie, a mój mały z nimi. Podobnie podczas rysowania mały psotnik był spokojny i skoncentrowany na pacaniu kartki kredkami. Było miło, a po powrocie do domu, przebraniu się w domowe ubranko i karmieniu, moje Słoneczko po prostu zasnęło jak tylko położyło główkę na podusi :). Już dawno nie widziałam żeby moje dziecko było tak zmęczone :)). Przy okazji ja byłam prawie tak samo zmęczona jak on, bo miałam przy nim parę godzin niezłego sprintu i pilnowania żeby się gdzieś nie przewrócił albo nie został zadeptany przez inne dzieci. Na miejscu okazało się, że Ksawery jest jedynym 1,5-roczniakiem wśród 3 i 4-latków, co sprawiło, że musiałam nieustannie za nim biegać, bo starsze dzieci choć miłe i dobrze nastawione, nie uważały na plątającego się wśród nich malucha. Okazało się również, że Klubik nie jest do końca przystosowany dla tak małych dzieci o czym zapewniała mnie Pani przedszkolanka przez telefon - ostre kanty stolików, półki które można pociągnąć na siebie wraz z zawartością i bardzo śliska, drewniana podłoga oraz 1 opiekunka na 10 dzieci oznaczają, że Klubik jest dla mojego syna ciekawym miejscem, ale bezpiecznym tylko wtedy gdy jestem z nim i nie spuszczam go z oka. Jeszcze tam wrócimy, bo Ksawciowi się podobało, ale na pewno nie zostawię go tam samego :).

 

 Z okazji urodzin męża wybraliśmy się też do kina pierwszy raz od 1,5 roku, a w najbliższy weekend wybieramy sie na squash, który jeszcze przed ciążą był przez nas bardzo lubiany :D.

comments powered by Disqus