Coś osobistego...

2014-07-10

Kiedy dziś ktoś niewtajemniczony pyta mnie kurtuazyjnie kiedy zdecydujemy się na drugie dziecko, bo nasz mały już nie jest taki mały i najwyższa pora pomyśleć o rodzeństwie dla niego, nie bardzo wiem co odpowiedzieć… Zwykle mówię: „Chciałabym mieć drugie, a nawet trzecie dziecko, ale jest to niemożliwe.” Taka odpowiedz zwykle powoduje przeniesienie rozmowy na lżejszy temat ;).  

 

Dla tych, którzy nie są ze mną na blogu od początku napiszę w dużym skrócie: dwie pierwsze ciąże straciłam w 3 m-c; zmieniłam lekarza, wybrałam prywatną klinikę... udało się, zaszłam w trzecią ciążę, całe 9 m-c byłam na podtrzymaniu, ale było warto - została mamą zdrowego chłopczyka :D.

ALE poród okazał się bardzo ciężki - najpierw 12h skurczów, potem szybka cesarka, duży krwotok, lekarze ledwo mnie odratowali. Kiedy zabierali mnie na salę operacyjną na cc byłam bardzo szczęśliwa, że w końcu maleństwo będzie z nami; nie spodziewałam się żadnych problemów, nie bałam się o siebie - jedynie obawiałam się o dziecko, bo jak każda matka najpierw myślałam o małym a potem o sobie. Pamiętam kiedy pierwsze raz zobaczyłam synka tuż po tym jak lekarze wyjęli go z brzuszka - coś pięknego, maleńki nosek w białe kropeczki, duże błękitne oczka, pierwszy płacz przypominający miauczenie - a potem usłyszałam "proszę zabrać dziecko, szybko!" i obudziłam się kilka godzin później na intensywnej terapii. Miałam jakieś strzępki wspomnień, ale nic konkretnego. Lekarze od razu powiedzieli mi, że ledwo mnie odratowali, ale nie będę już mogła mieć dzieci. Następny tydzień spędziłam w jednoosobowej sali na intensywnej terapii, mąż i synek byli ze mną całą dobę, mieszkaliśmy razem w szpitalu i był to najpiękniejszy tydzień w moim życiu. Ledwo mogłam się ruszać, wszędzie miałam powbijane wenflony, wystawały mi różne rurki, ale mimo to miałam niezwykłą chęć i siłę do życia. Cieszyłam się każdą wspólną chwilą. Chciałam jak najszybciej wstać, choć bardzo bolało i kręciło się trochę w głowie, chciałam móc opiekować się moim synkiem, byłam lekko zazdrosna widząc jak mąż go nosi i przytula, a ja choć tyle dla niego wycierpiałam nie mogłam się przyłączyć do tych czułości, starałam się brać jak najmniej leków przeciwbólowych, bo innych leków i tak brałam już sporo, żeby móc możliwie szybko karmić Juniora moim mlekiem.

Nieźle nastraszyłam lekarzy tym krwotokiem, bo potem dbali o nas bardzo i staliśmy się maskotką oddziału. Takich „przypadków” jak mój nie ma aż tak wiele… To był skomplikowany czas, bo nie dość, że zostałam pierwszy raz mamą to jeszcze stało się to w trudnych okolicznościach. Mąż był wtedy absolutnie niezastąpiony :*. Najważniejsze było, że nasze Słoneczko jest zupełnie zdrowe, w skali 10na10 pkt, ja nie przejmowałam się aż tak bardzo swoją słabsza formą, bo jak zawsze wiedziałam, że wszystko będzie dobrze.

 

Jestem bardzo szczęśliwa będąc mamą prawie 4-letniego już łobuziaka, ale jednocześnie czuję pewien niedosyt, że nie mogę mieć więcej takich łobuzków. To jednak wynika z mojej niepokornej natury, która nie lubi kiedy los decyduje o czymś za nią ;). Teraz kiedy mijają już prawie 4 lata od narodzin naszego największego skarbu myślę sobie, że wszystko co się stało wcześniej miało swój cel – problemy z ciążą i trudny poród pokazały mi jaką jestem szczęściarą, bo mam przy sobie kochającego męża i ukochanego syna, i nauczyły mnie doceniać to co innym wydaje się zwyczajne tzn. macierzyństwo i po prostu życie. Żeby doceniać takie trywialne wartości jak dom, rodzina czy miłość trzeba się otrzeć o groźbę ich utraty... Czasem myślę sobie co by było gdyby mnie nie było, gdyby lekarzom nie udało się mnie uratować i wtedy karcę się w myślach za te czarne myśli :).  Oj mój mąż też by mnie za to zbeształ, bo on uważa, że nie powinnam patrzeć wstecz ;). Tak szczerze to byłabym delikatnie mówiąc niezadowolona gdyby miało mnie ominąć tyle ważnych, pięknych momentów. Poza tym nie wyobrażam sobie, że musiałabym patrzeć gdzieś „z nieba” na mojego męża i syna i nie móc im mówić co i jak mają robić :)))). To byłoby niedopuszczalne i nie do przyjęcia :)).

 

W każdej sytuacji dobrze jest zachować nadzieję i optymizm… każdy pewnie czasem sobie myśli, że nic nam nie jest dane na zawsze, ale dopóki są to tylko przelotne wizje nie ma się co nad nimi zatrzymywać.

 

Osobiście lubię wspominać ciążę i poród, które w moich wspomnieniach są czymś wyjątkowym. Przykre aspekty poukładałam już sobie we właściwych szufladkach, a te miłe cały czas trzymam na wierzchu. Dla mnie mówienie/pisanie jest jak terapia rozładowująca frustracje. Mój mąż cały czas nie bardzo lubi rozmawiać o porodzie, bo dla niego to też był duży wstrząs, ale mając sentymentalną żonę nie ma chłop wyboru ;). Za nami długa droga, a przed nami jeszcze dłuższa podróż… aż zacieram rączki i przebieram nóżkami z radości, że jeszcze tyle dobrego nas czeka (bo przecież nie może być inaczej skoro mamy siebie i nasz wspólny świat ;)).



Komentarze:

Dziękuję za docenienie nas :D. Gadaniem się nie przejmuję, każdy ma swoje życie i nim powinien się zajmować ;).

Dodał(a): Blogini.eu, 2014-07-10 18:34:57

Ewciu z doświadczenia wiem, że warto mówić wprost. Wtedy uniknie się niedomówień, a tez mówienie na ten temat to najlepsza terapia dla was (to tak z doświadczenia terapeutki Marzenki:)). Nawet ten blog jest doskonałą metodą terapeutyczną:) Każda krzywda boli mnie gdy się ją przegada. Jakby co to służę uchem:P Ja Cię namawiam na adopcję,bo faktycznie Ksawciu już duzy a wiem jak długo trwają formalności... Ale to trudna decyzja i musi być wasza, a nie pod presją. Ksawciu jest wspaniały i nie macie czego żałować. Macie zdrowego,radosnego synka i widać tak miało sie to skończyć. Wiem, że pewne rzeczy bolą i zastanawiamy się "dlaczego" ale to tylko zatruwa nam życie i hamuje i nie pozwala iść na przód. Ja osobiście postrzegam was jako wspaniałą,kochającą się rodzinkę. Ty bardzo rozsądna,kochająca mama a Jacek jest równie wspaniałym mężem i ojcem i ciesz się tym, a gadanie innych niech jednym uchem wchodzi a drugim wychodzi:P

Dodał(a): Marzena, 2014-07-10 17:54:13

comments powered by Disqus