Rodzinne Zoo

2014-07-13

Wizyta w Zoo. Mijamy kolejne wybiegi zwierząt w sumie bez większego entuzjazmu – zwierzęta jak zwierzęta, trochę pośmierdują, w większości śpią albo gdzieś się chowają, co do niektórych nie ma pewności czy jeszcze żyją, poza tym nasz niespełna 4-latek większość z nich zna już z telewizji, więc jest miło, ale szału nie ma.

 

Dochodzimy do wybiegu surykatek i słyszymy od naszej latorośli taki oto komentarz:

- Gupie te liski stoją – komentarz całkiem trafny, bo surykatki faktycznie nie wyglądały akurat zbyt bystro :).

 

Idziemy dalej…

 

- Kochanie patrz, lemury, król Julian – podekscytowaliśmy się z mężem (dla nie zorientowanych, postać z kreskówki Pingwiny z Madagaskaru :)).

- E nie, to Klemson nie Julian, ten brązowy – nie mogliśmy się nie zgodzić z naszym znawcą bajek, bo rzeczywiście Julian nie jest brązowy tylko szary :).

 

Idziemy jeszcze dalej… Dochodzimy do budynku z różnymi gadzinami…

Pada podstawowe pytanie:

- Gdzie jest krokodyl? No krokodyl? Gdzie on jest? – biegniemy od wybiegu do wybiegu, bo na zdjęciu przy wejściu prężył się dorodny okaz.

Wreszcie jest, widzimy go, bierzemy synka na ręce, przepychamy się bliżej żeby też zobaczył i słyszymy:

- Taki mały? – w głosie słychać zawód.

 

Idziemy więc jeszcze dalej… Węże. I w końcu satysfakcja maluje się na twarzy naszej pociechy:

- Węże są fajne, syczą sssssssssss, duże, mają język o taki (tu synek pokazuje swój języczek), ten się na mnie patrzy – mówi zadowolony i szczerze zainteresowany maluch :).

 

Jaki z tego wniosek? Małe i miłe futrzaki, którymi się zachwycamy oraz duże, spokojne bydełko nie są tak ciekawe jak porządny kawał węża :)).



Komentarze:

A potem park linowy wygrał ze zwierzakami, ale i tak nie było źle :-) Zostały zaszczycone znacznie większą ilością zainteresowania niż się spodziewałem. Na przykład kormorany - co te one jedzą? :-)

Dodał(a): Ja, 2014-07-13 23:39:47

comments powered by Disqus