Z dzieckiem do muzeum

2014-07-24

Jako że wakacje w pełni, pogoda dopisuje, a mały lubi wycieczki, Dziadkowie zaprosili jego i mnie na zwiedzanie :). Dawno już nie byłam na wycieczce z moimi rodzicami, ale zależy mi żeby mój syn miał rozrywkę, poza tym podróże kształcą, więc wycieczka z Dziadkami to dobry pomysł. Ja mogłam poczuć się znowu jak dziecko - z jednej strony rozpieszczane, a z drugiej wciąż niesamodzielne zdaniem rodziców :), a mój syn zobaczył, że na "przygody" można jeździć nie tylko z mamą i tatą.

 

Kierunek: Zamek w Pszczynie + Park zamkowy + Rynek

Czas podróży w jedną stronę: około 90 minut (roboty drogowe w środku wakacji to „świetny” pomysł drogowców żeby zachęcić ludzi do podróżowania)

Koszt: liczony w pieniądzach niewygórowany; liczony we wrażeniach też raczej przeciętny

 

Mąż niestety wakacjami nie dysponuje, więc został w domu. Ktoś pracować musi żeby ktoś wydawać mógł ;).

 

Kiedy wyjeżdżaliśmy z domu pogoda była ładna – słoneczko i kilka drobnych chmurek, ale po drodze zaczęło padać – najpierw lekko, a w samej Pszczynie już bardzo. Przeczekaliśmy deszcz i ruszyliśmy do Zamku.

W środku kupiliśmy bilety na cały komplet atrakcji czyli zwiedzanie samego zamku, zbrojowni i wystawy malarstwa. Obejście wszystkiego miało nam zabrać około 3 godzin, ale przy moim szybkim synu wyrobiliśmy się w 2 h.

 

Pierwszym minusem była konieczność założenia filcowych kapci na buty czego bardzo nie lubię; kojarzy mi się to niehigienicznie i niewygodnie. Można kupić jednorazowe ochraniacze, a jakże automat znajduje się przy wejściu, ale akurat był zepsuty i jedyną opcją były starodawne filcaki. Całe szczęście, że synek nie musiał ich zakładać, bo w za dużych i śliskich kapciuchach daleko by nie doszedł.

Sam zamek jest ładnie zachowany i zadbany, ale szału nie ma – na każdym kroku widać rygor zwiedzania rodem z minionej epoki. Kierunek zwiedzania jest jednoznacznie wyznaczony i pilnujące ekspozycji Panie rygorystycznie go narzucają. Dodam, że z małym i ciekawskim dzieckiem trudno taki rygor zaakceptować, bo mały raz chce siedzieć na ławeczce i gapić się kwadrans na białą sarenkę, a za chwile mija 2 pokoje, bo w kolejnym zobaczył kawałek rycerza :). Nie, nie… takie odstępstwa są źle widziane, zwiedzać trzeba systematycznie i do przodu. Nie powinno się wracać do mijanych już wystaw, a z moim małym to jest czasem tak, że najpierw w szybkim biegu ogarnie wszystko, a potem chce wrócić i przyjrzeć się szczegółom przestrzeni. Za późno. W rezultacie część atrakcji omiótł tylko wzrokiem, a wiem, że chętnie przyjrzałby się im dłużej, bo nie zaprzeczalnie przedmioty zamkowe są pięknie zachowane, obrazy barwne, a szeroko pojęte wypchane zwierzaki przykuwają wzrok.

Kolejny minus to zakaz wnoszenia jakiegokolwiek picia na teren zamku – Pani przy wejściu cofnęła nas i kazała zostawić bidon z wodą synka w szatni. Teoretycznie można było zawsze podejść do szatni i poprosić o bidon, a potem wrócić do zwiedzania, ale po pierwsze  kierunek zwiedzania tego nie przewidywał, a po drugie komu by się chciało wracać przez pół zamku…

Zwiedziwszy główną część zamku doszliśmy do piwnic czyli zbrojowni. Zgromadzony tam sprzęt robi wrażenie, przede wszystkim jest go dużo; broń i zbroje są lśniące, wszystko jest pięknie wyeksponowane w szklanych gablotkach i aż prosi się o oglądanie. Niestety mój podekscytowany takimi cudami prawie 4-latek nie mógł się powstrzymać od pukania paluszkiem w co i rusz inne zachwycające zawartością gablotki. Duży błąd, bo w szybki się nie puka.

W końcu doszliśmy do wystawy malarstwa, przez którą mimo jej piękną przebiegliśmy, bo mały był już spragniony i poirytowany ciągłymi zakazami i nakazami.

 

Może ktoś powie, że takie muzeum to nie miejsce dla dziecka, ale ja uważam, że dziecko w muzeum może się świetnie bawić bez szkody dla eksponatów. Byłoby jednak dobrze gdyby obsługa wykazała się większą elastycznością w stosunku do małego turysty i nie karciła nas wzrokiem kiedy tylko mały odbiegnie kilka kroków w przód. W efekcie tego ciągłego bycia pod obserwacją ja również czułam się już lekko podenerwowana i jakby na wyrost strofowałam syna nawet kiedy ten nic złego nie robił.

Mimo deszczowej pogody zamek świecił pustakami, więc warunki do zwiedzania powinny być idealne, a było strasznie sztywno i krępująco. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że obsługi w zamku było więcej niż turystów. W dodatku obsługa ta, która moim zdaniem powinna być prawie niewidoczna i nie pouczać nas bez potrzeby, bardzo rzucała się w oczy. Mój syn jeszcze nie umie czytać i najchętniej szedłby tam gdzie akurat widzi coś ciekawego ignorując inne „szacowne” eksponaty, ale ja świetnie odszyfrowuję napis „kierunek zwiedzania” i sama domyślę się jak iść – napominania pilnujących Pań w stylu „tu”, „tam”, „tędy” raczej mnie dekoncentrują niż pomagają docenić piękno historii.  

 

W końcu opuściliśmy Zamek i poszliśmy na mały spacer po parku, ale niestety po deszczu wszystko było mokre, a kawałka zadaszonej przestrzeni czy choćby parasola tam nie uświadczysz. Nawet kramiki z pamiątkami gdzieś się wyniosły.  Rozumiem, że w środę przed południem tłumów turystów nie ma, ale żeby nawet nie dało się kupić dziecku pamiątki albo usiąść na chwilę w suchym miejscu podziwiając piękno natury? Dziwne, tym bardziej, że są wakacje i ludzie jednak się przemieszczają. Byłam w Pszczynie nie raz i zawsze Zamek tętnił życiem, a wczoraj wszystko tam jakby się zatrzymało. W środku owszem jest przepych i elegancja, ale jest tak strasznie sztywno, że cała radość zwiedzania znika kiedy jest się pod ciągłą obserwacją i aż strach zrobić krok w niewłaściwym kierunku :). Może to przez deszczową pogodę pracownikom nic się nie chciało, a tu turyści-szkodniki przyjechali na zwiedzanie…

 

Lekko zawiedzeni Zamkiem i jego otoczeniem, a za to mocno już głodni poszliśmy na Rynek do pierwszej zachęcająco wyglądającej restauracji. Tamtejsze ceny okazały się powalające, ale rozumiem, że turystów trzeba strzyc jak owieczki. W rezultacie zamówiliśmy tylko desery, na które mieliśmy nadzieję długo nie czekać. Jakże spore było nasze zdziwienie kiedy okazało się, że ciasta pieczone są na bieżąco i trzeba było na nie czekać prawie 45 minut. Świeże produkty to się chwali, ale czekać 45 minut  na kawałek sernika z lodami to już chyba przesada. A to i tak nie źle, bo ja w swej oryginalności zamówiłam strucle ze śliwkami, która ze względu na śliwki nie będące łatwym produktem, robiła się ponad godzinę. Moi rodzice i syn już zjedli swoje ciasteczka, a ja dalej czekałam… Inni klienci zamawiający dania główne też byli niezadowoleni z czasu oczekiwania, ale mimo to wszyscy grzecznie czekaliśmy, bo na zewnątrz zaczęła się ulewa :). Chciałoby się powiedzieć, że wysoka cena zobowiązuje do wysokiej jakości, ale może długie oczekiwanie na potrawy jest właśnie takim wyznacznikiem jakości…

 

Podsumowując, Pszczyna powitała nas i pożegnała deszczem, a Zamek wydawał się bardzo przeciętny i zakonserwowany w minionych czasach bardziej niż by wypadało.  

 

Po drogim i wyczekanym deserze nadal byliśmy głodni, więc po drodze zatrzymaliśmy się w innej restauracji gdzie i ceny i obsługa było bardziej znośne.

 

Wisienką na torcie i miłym zakończeniem wycieczki była wizyta w dużym sklepie z zabawkami gdzie synek mógł się do woli bawić i dotykać wszystkiego na co miał ochotę.  Kilka z tych zabawek, nie zaprzeczam, trafiło ze sklepowych półek, przez szybkie rączki łobuziaka do kasy, a teraz mieszka w naszym domu.

 

 

Wycieczkę mimo wszystko zaliczam do udanych, bo dzięki niej dwoje zakochanych we wnuku Dziadków mogło na nowo poznać swoją pociechę i przekonać się, że nie jest już ona taka mała i bezwolna ;). Wprost przeciwnie, Dziadkowie byli zachwyceni swoim mądrym, rezolutnym, gadatliwym i samodzielnym wnukiem. Syn natomiast swoim uroczym uśmiechem i słodkimi oczkami wyciągnął od Dziadków wszystko co chciał, a Ci rozpieszczając malucha byli w-niebo-wzięci :D.



Komentarze:

Mój Nikoś też lubi takie wycieczki. Bardzo go ciekawią takie rzeczy. Mamy po prostu mądrych chłopaków:P

Dodał(a): Marzena, 2014-07-24 12:47:39

comments powered by Disqus