Zjeżdżaj Mały ;)

2014-08-11

Studium przypadku: Zjeżdżalnia na Sali Zabaw

 

Sytuacja wydawałoby się prozaiczna i zupełnie bezsporna – zjeżdżanie na zjeżdżalni – a jednak ilu rodziców tyle opinii :).

 

Mojemu synowi tłumaczę, że zjeżdża się na pupie lub ewentualnie na plecach, nogami w dół i głową do góry. Takie są zasady bezpieczeństwa i już :). Jednakże wielu rodziców pozwala dzieciom zjeżdżać jak im się podoba czyli na każdej zjeżdżalni inaczej. Zjeżdżalnie różnią się między sobą „szybkością”, długością czy nachyleniem. Jedne są tak proste i niskie, że faktycznie można na nich robić co się chce, ale inne są bardziej wymagające i zjeżdżanie jak popadnie albo wspinanie się pod prąd może skończyć się płaczem. Moje zasady są uniwersalne czyli na żadną zjeżdżalnię nie wspinamy się pod prąd żeby ktoś jadący w dół w nas nie uderzył i z żadnej nie zjeżdżamy głową w dół żeby nie uderzyć o ziemię lub nie stracić zębów przy spotkaniu z podłożem. Uznałam, że lepiej nie robić wyjątków od tej reguły, bo dziecko nie umie oceniać ryzyka i trudno byłoby mu wyjaśnić czemu na jednej zjeżdżalni może robić co chce, a na innej ma uważać.

 

Będąc na Sali Zabaw przypominam synowi żeby zjeżdżał bezpiecznie, ale on widząc, że inne dzieci robią co chcą się buntuje. Napominam więc go żeby jednak uważał, bo potem będzie płacz. Spoko, mały się opanowuje i już zjeżdża nogami w dół bez niepotrzebnych wspinaczek w górę. ALE tuż obok mnie odzywa się obrończyni  dziecięcych zabaw – Pani Babcia pozwalająca wnuczce szaleć bez ładu i składu. Babcia mówi mi z machnięciem ręką coś w stylu „No po co tak pilnujesz tego dziecka, przecież on jest już duży i na pewno nic się nie stanie, więc niech zjeżdża jak chce, przecież tak ładnie się bawi”. Hmm, nie wiem co odpowiedzieć, więc przemilczam sytuację. Mój syn ośmielony przez inne dzieci zaczyna się znowu wspinać pod prąd, patrzy jednak na mnie pytająco czy tak można – z uśmiechem kręcę głową, że nie można, a Babcia-wtrącalska wypala na głos: „Idź, idź synku”. Myślę sobie: „O co Ci kobieto chodzi? Co się wtrącasz do nie swojego dziecka?”. Mówię jednak grzecznie wewnętrznie już poirytowana: „Mój syn wie jak się bezpiecznie zjeżdża, nie chcę żeby zjeżdżał głową w dół ani się wspinał, bo na innej zjeżdżalni to może źle się skończyć”.

Koniec tematu… dla mnie, bo Babcia nadal śmie mieć inne zdanie na ten temat: „ale przecież moja wnuczka też się wspina i zjeżdża głową w dół, tam jest miękko, nic się nie stanie” – powiada dobrotliwie, dodając jeszcze jakiś txt, że za jej czasów to dzieci same się bawiły, a matki tylko doglądały ich przez okno i inne bla, bla, bla… Mam już dość dyskusji, ale Babcia myśli chyba, że właśnie znalazła świetnego słuchacza – dodaje nawet coś o tym, że jej synowa też jest taka nadopiekuńcza :). Wywód przerywa jej płacz wnuczki – mała tak szalała, tak się wychylała, że wspinając się na zjeżdżalnię odchyliła się za mocno w tył, straciła równowagę i jak długa poleciała w dół, na szczęście do basenu z piłeczkami i z małej wysokości, więc skończyło się na strachu i obitej tyłencji. To taka szybka nauczka i dla niesfornej wnuczki i dla pobłażliwej Babci.

 

Każdy pozwala dziecku na tyle ile uważa za bezpieczne, ale wtrącanie się w rozmowę innej matki z jej dzieckiem i jeszcze podważanie jej autorytetu jest mocno nie fair. Aż żal mi synowej Pani Babci, bo dziewczyna pewnie nie ma lekko z taką „wyluzowaną” kobietą ;).

 

Jak myślicie Moi Drodzy Czytelnicy, czy jestem  nadopiekuńczą mamuśką czy w tym co robię jest pewna logika? Bycie Matką to m.in. przewidywanie sytuacji jakie mogą się zdarzyć zanim się zdarzą, co niniejszym próbuję uskuteczniać :).

 

comments powered by Disqus