Nie bójmy się szukać winnego...

2014-08-19

Jedna z lubianych przez mnie blogerek dała mi do myślenia swoim postem… W stylowy dla siebie sposób napisała, że odczuwanie złości na swoje dziecko, nawet malutkie, jest ok. Nie będę się z nią spierać, bo uważam, że dziecko też człowiek, a nie święta krowa, więc wkurzać czasem może ;). Poczucie bezradności wobec płaczącego entą godzinę dziecka lub wobec dziecka robiącego jakąś kompletną głupotę przysparzającą nam Matkom mnóstwa pracy może powodować frustracje i złość, nawet na własne ukochane i najcudowniejsze na świecie dzieciątko. Dzieciątko, które pozostaje często niewzruszone naszymi usilnymi próbami naprawienia sytuacji. Dziecko to wulkan emocji, więc w interakcji z nim każdemu zdarza się stracić cierpliwość. Nie ma co zaprzeczać, liczenie do…(wielu)…, głęboki wdech czy wyjście na moment z pokoju pomagają powściągnąć emocje. ALE nigdy przemoc nie jest rozwiązaniem.

 

Moim zdaniem nie odczuwanie złości na dziecko jest największym problemem – zdecydowana większość matek za wszystkie problemy obwini siebie.

 

Pytając młodą stażem mamę o jej młode zwykle słyszy się, że jej dziecko źle sypia, je za mało, ciągle płacze, ma kolki, ulewa, ma biegunkę albo zaparcia i wiele, wiele innych ”oryginalnych” problemów z nim jest, a ona pada na twarz i ma dość wszystkiego… po prostu nic tylko siedzieć i płakać tak jakby tylko jej ciężko było, a wszystkie inne dzieci znajomych były prostsze w obsłudze :). W rzeczywistości jednak jest tak, że dziecko jest zdrowe, zadbane i zwykle nie wymaga żadnej niestandardowej opieki :). Wszystko siedzi w głowie mamy i stąd się bierze cała frustracja czyli pretensje do siebie, dziecka, męża… Poczucie winy jest najbardziej destrukcyjne i prowadzi do depresji, nerwicy i w zasadzie do utraty własnej wartości.

Zgadzam się, że matki dąrzące do bycia Best from the Best zamiast poprosić o pomoc w obliczu kryzysu lub zamiast przyznać się, że coś je przerosło i czują się przytłoczone nową sytuacją tłumią wszystkie negatywne emocje w sobie. Strach i wstyd przed posądzeniem o bycie wyrodną matką lub matką nieradzącą sobie z własnym dzieckiem są większe od naporu trudności, o których wcześniej nikt nie uprzedził. Dziecko nie rodzi się z instrukcją obsługi (a szkoda ;)), więc trzeba improwizować – jednym rodzicom ta sztuka udaje się szybciej i są w stanie znaleźć w tym chaosie jakiś porządek, a inni potrzebują więcej czasu i wprawy żeby się zorganizować, a nie zwariować. Celowo używam słowa „rodzice”, a nie „mama”, bo dziecko i związane z nim obowiązki powinny być wspólne :).

 

Niestety nawet znając prawdę objawioną, że dzieci płaczą, chorują, brudzą (się) i mimo wszelkich starań prowadza życie niezrozumiałe dla dorosłych, mama obwini siebie o wszystko co z jej dzieckiem (często zupełnie subiektywnie) jest nie tak jak się spodziewała.

 

Kochamy nasze dzieci ponad wszystko, dbamy o nie najlepiej jak potrafimy, oddałybyśmy wszystko za światełko naszego życia, ale i tak czujemy, że nie robimy wszystkiego tak dobrze jak powinnyśmy. I to różni nas od mężczyzn, którzy nie czują się winni, że dziecko zapłakało, złapało katar czy mało zjadło – DZIEWCZYNY, SPRÓBUJMY TAK SAMO PODEJŚĆ DO NASZYCH POCIECH. O wiele milej jest myśleć, że winny jest każdy tylko nie ja ;).

Inną kwestią jest, że tata, który wg niejasnych kryteriów robi swoje zostanie uznany za gwiazdę tacierzyństwa nawet jeśli robi to swoje od czasu do czasu, pobieżnie, mało dokładnie i bez większego namaszczenia ;). Dziecko nie wymaga perfekcji i samo nie jest idealne, więc Mamy dajcie sobie więcej luzu :), a wasze młode i tak będzie szczęśliwe.

 

Wiem, wiem, łatwo nie jest zachować zdrowy rozsądek pośród morza narzekań i utyskiwań, że no niby nie jest beznadziejnie, ale… (i tu wstaw ciąg komplikacji). Prawdziwej (czytaj: doświadczonej przez los i nieznośne dziecko) Matce nie wypada powiedzieć, że np. moje dziecko owszem jest wymagające w nocy, ale w dzień ucina sobie drzemkę, więc mam chwile dla siebie lub zmiana kompletnie zakupkanej pieluchy mnie obrzydza, ale dziecko rzadko ulewa, więc mogę założyć ładną bluzkę na dłużej niż 10 minut…

 

Próbowałam sobie przypomnieć jak to dokładnie było kiedy ja byłam świeżutką mamuśką i z tego co pamiętam (a pamiętam jeszcze co nie co) kiedy z naszym Ksawi-Du coś się działo albo kiedy był zwyczajnie nieznośny najpierw szukałam przyczyny w sobie, potem obwiniałam Juniora, że nie współpracuje, a na końcu dostawało się mężowi, że nie wspiera wystarczająco... Teraz kiedy Ksawi ma prawie 4 lata żartuję sobie, że regularne trzepanie skórki dobrze by mu zrobiło na rozsądek, bo takiego obrażalskiego charakternika jak mój już-nie-taki mały to nie spotyka się często (chyba ;)). Oczywiście na żartach się kończy, bo Matka-Blogini miętka jest jak masełko ;).

 

Złość na dziecko i poczucie, że nie spełnia ono naszych oczekiwań wynika z bezradności i moim zdaniem jest to stan naturalny, który wcale nie zmienia się z czasem, bo dziecko jak przestaje nas irytować jedną irracjonalnością to zaczyna inną i tak ciągle :). Trzeba przywyknąć i zaakceptować to czego zmienić nie możemy ;).

 

 

P.S. Pozdrawiam źródło mojej dzisiejszej inspiracji… FLOW MUM 3maj się dzielnie, bądz dla swoich 4 Pancernych jak niezwyciężony Rudy 102 :)), nie pękaj przed 40 tygodniem i zachowaj swój zdystansowany STYL nawet jeśli nie każdemu on pasi ;).

 

comments powered by Disqus