Razem czy osobno?

2014-09-27

Spanie z dzieckiem w jednym łóżku to praktyka, której ulega wielu rodziców.

Bliskość dziecka karmionego piersią jest wygodna dla mamy, bo może nakarmić swoje młode bez potrzeby wstawania i wybijania się ze snu. Potrzeba czułości również jest wtedy zaspokajana, a dodatkowo mama jest spokojna, że jej dziecko jest bezpieczne, zaopiekowane, właściwie przykryte i niczego mu nie brakuje. Wynika z tego, że wspólne spanie jest wygodne dla mamy, ale czy naprawdę potrzebne dziecku :). Podobno dzięki spaniu w jednym łóżku z rodzicami układ odpornościowy dziecka jest stymulowany, a jego rozwój sensoryczny przebiega szybciej. Być może tak jest, ale dla mnie taki co-sleeping to przede wszystkim niewygoda – ja i mąż balibyśmy się ruszyć żeby przypadkiem nie przygnieść synka lub żeby nie przydusić go kołdrą, a synek nie mógłby się tak swobodnie rozkładać i wiercić jak robił to w swoim łóżeczku. O nocnych rozmowach o rzeczach, na które nie było czasu w dzień można by już w ogóle zapomnieć. Potrzeba bliskości spokojnie może być realizowana w dzień – można maluszka tuli, kangurować, głaskać, nosić i nie rozstawać się z nim ani na moment, ale spanie to nie czas na czułości tylko na odpoczynek (odpoczynek dziecka i rodziców).

 

W co-sleepingu nie ma nic złego i jeśli ktoś czuje taką potrzebę to nie powinien się krępować, ale dla mnie nie jest to zupełnie potrzebne.

 

Kiedy synek się urodził za punkt honoru postawiłam sobie, że nie będzie spał z nami w jednym łóżku tylko swoim łóżeczku. Już przed porodem to było dla mnie jasne, więc wybierając łóżeczko zwracałam uwagę żeby było wygodne i bezpieczne, bo wiedziałam, że nie będzie to tylko atrapa ani „szafa” na pieluchy tylko miejsce wypoczynku naszego maluszka. Okazało się, że to postanowienie udało się zrealizować bez żadnych trudności – synek od razu zadomowił się w swoim łóżeczku i ani myślał przenosić się do nas. Od samego początku Junior cenił sobie swobodę ruchów (czyli błyskawiczne odkopywanie się spod kocyka i nieakceptowanie żadnego owijania itp.) oraz niezależność (czyli kiedy chcę spać proszę mnie nie głaskać ani nie lulać tylko po prostu położyć w wygodnym miejscu i zostawić w spokoju). Przy takim dziecku wspólne spanie nie wchodziło w grę i bardzo dobrze, bo nie miałam wyrzutów sumienia, że może moje młode czuje się samotne w swoim łóżeczku :). Nawet kiedy karmiłam swoim mlekiem odkładałam małego do jego łóżeczka. Przez pierwsze 2 m-ce spaliśmy w jednym pokoju, ale szybko okazało się, że dzidziakowi przeszkadza kiedy w nocy się kręcimy lub wychodzimy do toalety, więc nastąpiła przeprowadzka do naszej sypiali, a do pokoju małego trafiła elektroniczna niania.

Dzięki czułej na dźwięki niani było tak jakbyśmy spali tuż obok synka – wszystko słyszeliśmy i reagowaliśmy na najcichszy jęk. Karmienie i przewijanie przebiegało sprawnie i szybko, a potem rozchodziliśmy się do swoich łóżek. Chyba właśnie dzięki takiemu systemowi spania we własnym łóżeczku mały nie miał nigdy problemu z odróżnieniem dnia od nocy – pewnie, że trzeba było wstawać do niego w nocy, ale mimo to mały czuł, że teraz jest pora na sen, a nie na zabawę. Przyznaję, że nadal młody wymaga nocnych odwiedzin, bo albo chce pić albo siku albo przyśniło mu się coś co natychmiast musi nam opowiedzieć, ale kiedy jest noc to jest czas na spanie i to nie podlega dyskusji. Jedynie pora pójścia to łóżka jest dyskusyjna, bo synek nawet z zamykającymi się ze zmęczenia oczkami nigdy nie przyzna, że jest zmęczony :)).

 

A Wy śpicie ze swoim dzieckiem czy tak jak ja preferujecie niezależne sypialnie?

 

P.S. Moja mama należała do tych nadwrażliwych matek czułych na każde potencjalne zagrożenie, więc spałam dość długo ze swoimi rodzicami i do tej pory pamiętam jak trudno było mi się od nich wyprowadzić. Jako kilkulatka zupełnie nie rozumiałam o co chodzi i czemu muszę spać sama. Dziwna sytuacja, mojemu synkowi chciałam jej oszczędzić :).

 

comments powered by Disqus