Wyedukowana (?)

2014-10-15

Dziś zebrało mi się na wspomnienia, w myślach zrobiłam sobie krótkie podsumowanie co i kiedy się działo. Wniosek główny jest taki: Edukacja w moim życiu zajęła sporo czasu, ale każdy z jej etapów był całkiem przyjemny :).

Szkoła podstawowa to była jedna, wielka zabawa – jako prymuska zawsze byłam na świeczniku i z niczym nie miałam problemów. Najbardziej lubiłam występy na akademiach, a występowałam kiedy tylko nadarzyła się okazja. Podobało mi się kiedy oczy wszystkich były zwrócone na mnie :).

Liceum również było fajną przygodą – straciłam status i przywileje prymusa, ale większych kłopotów też nie miałam. Najbardziej lubiłam język polski, na którym nie było złych odpowiedzi jeśli tylko umiało się swój punkt widzenia jakoś wytłumaczyć. Bawiły mnie dywagacje w stylu co autor miał na myśli, bo z moim talentem do lania wody nie miałam problemu z wyciąganiem ciekawych wniosków ;). Sprawa wyglądała zupełnie inaczej z matematyką. Uznałam naiwnie, że matematyka nie przyda mi się w życiu, więc nie będę tracić czasu na naukę. Błędy młodości, ot co…

Liceum to był też czas zakochania kiedy to poznałam mojego męża i już nie chciałam poznawać nikogo innego; uczyć też zresztą nie bardzo mi się chciało choć mąż mnie mobilizował, a ja nie chciałam wyjść przed nim na ostatniego osiołka, więc starałam się ogarniać tematy. Byliśmy tacy młodzi i zakochani… to były czasy :D.

Dziś uważam matematykę za królową nauk, bo okazało się, że na studiach czekał mnie rok z matematyką i to już taka poważną, 2 lata ze statystyką i jeszcze ekonometria się przyplątała… Na początku byłam załamana i wyobrażałam już sobie te niekończące się poprawki, a w rzeczywistości okazało się, że przy minimalnym wysiłku i wzięciu się do nauki wyciągnęłam 4+ z matematyki, a i ze statystyką i ekonometrią dałam sobie radę. Czuję się dumna z siebie, że pokonałam swoją słabość do przedmiotów ścisłych i okazałam się bardziej „kumata” niż zawsze mi się wydawało ;).

Najbardziej lubiłam wykłady z prawa, bo poza tym, że były świetnie prowadzone przez wesołego prof., to czułam, że jest w nich coś życiowego… i tak przez 4 lata z prawem przebrnęłam bez ani jednej poprawki.

Studia (zarówno magisterskie jak i podyplomowe) to był najfajniejszy okres edukacji – czasu wolnego miałam mnóstwo, do nauki poza sesjami nie musiałam się szczególnie często mobilizować, a jednocześnie jako osoba dorosła byłam traktowana przez nauczycieli poważnie i z szacunkiem :).

Nigdy nie żałowałam lat spędzonych na studiach choć przyznaję, że poza papierkiem wiele przydatnych rzeczy mi z nich nie zostało :). Studia są jak przedłużenie młodości i beztroski… polecam je każdemu bez względu na kierunek i zainteresowania ;).

 

comments powered by Disqus