Ślizgaj się!

2009-10-30

Niestety przeliczyłam się... wymarzone USG pokazało, że junior się nie rozwija, a serduszko nie pracuje ;(. To był wielki szok, w ogóle nie wiedziałam co będzie dalej i co sie stało... Ani przez moment nie pomyślałam o tym, że z naszym dzieckiem może być coś nie tak, bo przecież szybko zaszłam w ciążę, w rodzinie nikt nie miał problemów prokreacyjnych, miałam dobre wyniki wszystkich badań i w ogóle wszystko sobie już obmyśliłam. Chciałam pracować jak długo się da, a potem poświecić całą swoja uwagę dziecku i mężowi. To miał być najpiękniejszy czas w moim życiu, a tu taki cios ;(. Po prostu wyrok...

Konieczny był zabieg wyczyszczenia macicy, bo mogłam jeszcze długo sama nie poronić, a martwy płód (to takie brutalne określenie, którego długo nie mogłam powiedzieć, bo to przecież było moje dziecko) mógł u mnie wywołać zakażenie i komplikacje. Oczywiście skonsultowałam się przed zabiegiem z innymi lekarzami, którzy zgodnie stwierdzili, że nic nie da się zrobić i zabieg jest niezbędny. Dziecka po prostu nie dało się uratować, a trzeba było myśleć o moim zdrowiu choć oczywiście wcale mi to nie pomagało pogodzić się z sytuacją.

Mocno to wszystko przeżyłam, ale pocieszała mnie myśl, że to tylko głupi los, przypadek, i że tak się zdarza, że to się więcej nie powtórzy. Głupia sprawa po prostu :/.

Sam zabieg wiązał się z krótkim pobytem w szpitalu i fizycznie nie był taki straszny - anestezjolog mnie uśpił, ginekolog wszystko wyczyścił, trochę bolało, trochę krwawiło, były leki i kroplówki, ale to było nie ważne. Psychicznie było mi bardzo ciężko, ale musiałam się pogodzić ze stratą (pogodzić się nie znaczy zapomnieć).

Nie miałam siły żeby w pracy powiedzieć o wszystkim szefom - na L4 przeszłam z dnia na dzień, a jako powód podałam zdawkowo, że to problemy kobiece. Po wyjściu ze szpitala nikt z pracy mi nie przeszkadzał, a po 2 tygodniach byłam już w biurze - nikt o nic nie pytał, a ja nie chciałam mówić o sobie. Niestety przez moją łatwowierność przyznałam się po paru tygodniach do wszystkiego koleżance, która bardzo się przejęła (świetna z niej aktorka) moimi problemami kobiecymi i chciała wiedzieć czy już dobrze się czuję - następnego dnia zostałam wezwana przez szefową na umoralniającą rozmowę o moim niewłaściwym podejściu do firmy (która rzekomo jest jak rodzina i powinnam brać ją w swoich prywatnych planach pod uwagę). Nie miałam wtedy ochoty się nikomu tłumaczyć co i jak się stało i czy wszystko sobie zaplanowałam czy to była nie planowana ciąża. Po prostu odegrałam rolę, której ode mnie oczekiwano, obiecałam poprawę i pozwoliłam sobie wybaczyć. Wiem, to brzmi tak cynicznie, ale w obliczy straty dziecka praca naprawdę nie była aż tak ważna żeby drążyć dyskusję i za cokolwiek przepraszać, poza tym chciałam jednak zachować posadę i nie rozstawać sie z firmą w atmosferze skandalu. Jakoś wszystko udało się załagodzić, ale atmosfera nie była już taka przyjemna i rodzinna jak wcześniej, czułam brak zaufania i napięcie. Oczywiście z perspektywy szefów mój występek = nieuzgodniona ciąża był wart potępienia... Wtedy też zobaczyłam jaka jestem naiwna, i że ludziom nie warto ufać, bo mówisz cos "dobrej" koleżance, a ona od razu to powtarza zwierzchnikom, którzy pewnie sami nie mieli odwagi zapytać co się stało (nie mówiłam im o ciąży, bo najpierw było na to za wcześnie, a potem już za późno, poza tym wcale nie jest tak łatwo powiedzieć komukolwiek, że się poroniło).

W każdym razie pracowałam najlepiej jak tylko umiałam, a prywatnie zrobiłam jeszcze raz podstawowe badania (tarczyca, toksoplazmoza, cytomegalia, morfologia itp.) żeby sprawdzić czy nie wyjdzie w nich coś podejrzanego - właściwie nic nie wyszło, więc teoria lekarzy o działaniu przypadku się potwierdziła. Okazało się, że kiedyś w przeszłości mogłam mieć cytomegalię, ale teraz nie ma ona już wpływu na dziecko, bo tylko wytworzyły sie przeciwciała, ale choroba nie jest aktywna (swoją drogą cytomegalii się nie leczy, więc czy się o niej wie czy nie wie, nie można nic zrobić). Uznaliśmy z mężem, że po prostu mieliśmy pecha i następna ciąża przebiegnie bez problemów.

Płynęliśmy z prądem - pogodziliśmy się ze strata, ale nie zapomnieliśmy. Teraz już wszystko musiało być dobrze.

 

Mottem dzisiejszego wpisu będzie hasło: "ŚLIZGAJ SIĘ!".



Komentarze:

Masz racje Ewciu nie przejmuj sie pracą. Zdolna z Ciebie bestia to sobie poradzisz. Praca to rzecz nabyta. A najwazniejsze sa inne wartości takie jak miłośc i rodzina. Twoja szefowa widać nie była zbyt szczęśliwa w zyciu skoro tego nie wiedziała. Zycze powodzenia w starankach:)

Dodał(a): Marzena, 2009-11-20 20:55:23

comments powered by Disqus