Trzeci kontakt

2009-11-05

Minęły następne 4 tygodnie (był początek września)... USG u mojego lekarza miałam wyznaczone na wtorek, a badania prenatalne w szpitalu na środę, ale w niedzielę zauważyłam niewielkie plamienie - tak się zdarza i zwykle to nic poważnego, ale od razu zadzwoniłam do mojego lekarza i w poniedziałek rano już byłam u niego na badaniu. Plamienie ustąpiło, ale mimo to chciałam się jak najszybciej skonsultować z lekarzem.

Wynik USG był dla mnie straszny - serce dziecka nie bije. Nie wiadomo co się stało. Jeszcze miesiąc temu wszystko przebiegało książkowo, a teraz jest tak bardzo źle.

Nie wiedziałam czy się rozpłakać czy wybiec z gabinetu i popędzić do domu. Zaczęłam mocniej krwawić, ale termin zabiegu na moją prośbę wyznaczono na środę - lekarz chciał od razu (tj. w poniedziałek rano) brać mnie na sale zabiegową, bo samoistne poronienie za długo by trwało, a mnie groziło zatrucie ciążowe, ale nie zgodziłam się, potrzebowałam tego jednego dnia żeby chociaż pobieżnie przeboleć kolejną stratę i wewnętrznie się uspokoić (USG miałam dla bezpieczeństwa robione zawsze w szpitalu żeby w razie problemów można było szybko reagować, poza tym w szpitalu jest najlepszy sprzęt). To był już 12 tydzień i ciąża zaczynała być widoczna, a od  dobrych paru tygodni była wyraźnie odczuwalna, więc tym trudniej było mi zaakceptować fakty. Musiałam się zebrać w sobie i trochę uspokoić, bo na zabieg nie można iść roztrzęsioną. Było ciężko, trudniej niż za pierwszym razem.

Tragiczny scenariusz się powtórzył - poroniłam, był zabieg, leki, szpital... To wszystko jakby toczyło się poza mną. Nie było już dziecka, nie było już nic, w jednej chwili straciłam wszystko, wszystkie plany na najbliższy rok, dwa, dwadzieścia.

Pod czas konsultacji przed zabiegiem lekarz, który miał mnie zbadać niezależnie od mojego lekarza (zawsze jest taka procedura) stwierdził, że miałam jednocześnie szczęście i pecha kiedy w 8 tygodniu mój ginekolog uchwycił akcję serca dziecka, bo najprawdopodobniej to był jedyny dzień kiedy serduszko ruszyło i od razu stanęło - wiek płodu oceniono na 7,5 tygodnia, a ja się dowiedziałam o wszystkim w 12 tygodniu. Nie można było nic więcej zrobić - lekarz regularnie mnie badał, brałam leki na podtrzymanie ciąży, dbałam o siebie.

Najgorsze jest jednak to, że teraz już wiem, że to nie był tylko przypadek, ale że jest jakaś przyczyna, jakaś ukryta wada.

Zaraz po wyjściu ze szpitala i jako takim dojściu do siebie zaczęłam odwiedzać z mężem różnych specjalistów...

Nie miałam też już po co wracać do pracy, więc złożyłam wypowiedzenie i od listopada oficjalnie będę bezrobotna... Chwilowo nie pragnę nowej pracy ani kontaktów z ludźmi - chyba po prostu potrzebuję więcej czasu żeby dojść do siebie i od nowa zbudować sobie swój mały świat.

Przy okazji dodam też, że pośrednio przez moją ciążę mój mąż również musiał zmienić pracę, bo chociaż pracowaliśmy w różnych firmach ich właściciele  znali sie na tyle dobrze, że moje problemy popsuły atmosferę w pracy męża (oficjalnie moja ciąża nie miała z tym nic wspólnego, ale sposób w jaki nagle szef zaczął traktować męża - doświadczonego pracownika do którego przez lata nie było żadnych zastrzeżeń - świadczył o czymś innym; skończyło się na tym, że mąż złożył wypowiedzenie i dzięki temu ma już o wiele lepsza pracę, która pozwoli mu sie rozwijać, nie ma więc tego złego co by na dobre nie wyszło). Najgorsza jest sytuacja kiedy kontakty rodzinno-towarzyskie ingerują w sferę zawodową...



Komentarze:

bardzo mi przykro Ewciu. Ale nadal wierzę, że wam sie uda...

Dodał(a): Marzena, 2009-11-20 21:02:07

comments powered by Disqus